|
ayrsen - 2007-03-08, 09:39 Babcia gotowała na marihuanie Pewna babcia z Wielkiej Brytanii do gotowanych potraw dodawała marihuanę. Policji wyjaśniła, że zioło "pomagało na depresję i bóle". 68-latka hodowała narkotyki w szafie. Wysuszoną i sproszkowaną marihuanę trzymała w kuchni wśród przypraw. Patricia Tabram, była nauczycielka i ikona brytyjskich zwolenników legalizacji marihuany, mówiła w sądzie, że narkotyków dodawała do curry, ciast, lodów, zup i zapiekanek. "Przyprawiała" w ten sposób również potrawy przeznaczone dla licznych gości, którzy odwiedzali ją w domu. Kiedy sprawa wyszła na jaw, brytyjski sąd skazał Patricię Tabram na 250 godzin prac społecznych i 1000 funtów grzywny. Dla nauczycielki nie jest to pierwszy konflikt z prawem. W 2005 r. skazano ją na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Znaleziono u niej wówczas sadzonki marihuany. Niedawno ktoś doniósł na policję, że Patricia nadal hoduje zioło. Przybyłym do jej domu funkcjonariuszom kobieta wyznała, że marihuana jest w niemal wszystkich potrawach w lodówce. Policjanci nie wzięli dowodów, bo nie mogli pozbawić babci jedzenia. - Nadal będę leczyć w ten sposób. Prawo i sprawiedliwość po prostu nie istnieje w tym kraju - powiedziała kobieta po usłyszeniu kolejnego wyroku. W 2005 r. Patricia Tabram napisała książkę "Babcia je marihuanę". Wystąpiła też w licznych programach telewizyjnych, a nawet startowała w wyborach. źródło: www.gazeta.pl P.S. Równa babcia... ayrsen - 2007-03-09, 10:02 Kiedy Niemcy zbadają mercedesa? Prokurator nieudolnie prowadzi śledztwo - skarżą się krewni ofiar wypadku na skrzyżowaniu alei Jana Pawła II i Armii Krajowej. Pędzący po chodniku mercedes zabił mężczyznę, a cztery osoby ranił. Do tragedii doszło w maju 2006 roku. Waldemar M., przedsiębiorca spod Radomska, wjechał na chodnik w al. Jana Pawła II i popędził w kierunku skrzyżowania z al. Armii Krajowej. Tam mercedes klasy C przejechał pasami dla pieszych i zatrzymał się dopiero po drugiej stronie ulicy, na latarni. Skutek: pięć potrąconych osób. 49-letni mężczyzna nie przeżył wypadku. Osierocił troje dzieci. Waldemar M. (zawodowy kierowca tira) trafił do aresztu. Był trzeźwy, nie brał narkotyków ani leków psychotropowych. Tłumaczył, że zjechał na chodnik, bo w pięcioletnim mercedesie zablokowały się wszystkie mechanizmy, także hamulce, a auto przyspieszało. Badania techniczne samochodu w podczęstochowskim salonie Mercedesa wykazały, że był sprawny. Pod koniec ubiegłego roku sąd jednak zwrócił prokuraturze akt oskarżenia i nakazał wykonanie niezależnej - poza serwisem Mercedesa - ekspertyzy. Jak niedawno pisaliśmy, biegły z Politechniki Śląskiej stwierdził, że w mercedesie był cofany elektroniczny wskaźnik przebiegu kilometrów. Zdaniem eksperta mogło to zakłócić funkcjonowanie komputera sterującego układami elektronicznymi auta i doprowadzić, że w sposób niekontrolowany przyspieszało. Jednak potwierdził, że hamulce w aucie były sprawne. Prowadzący śledztwo prokurator Przemysław Funiok, w porozumieniu z biegłym, chciałby, by auto zbadał producent. Fabryka w Stuttgarcie jest tym zainteresowana. Trwają pertraktacje, gdzie ma być przeprowadzona ekspertyza - w Polsce czy w Niemczech. Tymczasem krewni ofiar wypadku nie kryją zniecierpliwienia ślimaczącym się śledztwem. - Straciliśmy ojca, żywiciela rodziny. Od prawie roku nie możemy starać się o jakiekolwiek odszkodowanie, bo nie ma wyroku. Prokurator zachowuje się, jakby celowo wszystko odwlekał. Ostatnio nie przyszedł na posiedzenie sądu w sprawie własnego wniosku o skierowanie kierowcy na obserwację. Była za niego asesor, ale tak niezorientowana, że sędzia kazała wezwać prokuratora prowadzącego śledztwo. W efekcie wniosek oddalono - żali się Agnieszka C., córka zabitego mężczyzny. - Szczerze współczuję tym ludziom. Zapewniam, że śledztwo prowadzimy tak szybko, jak to tylko możliwe. Jednak okoliczności wypadku były tak nieprawdopodobne, że musimy wykonać czynności niespotykane w podobnych sprawach - mówi rzecznik Prokuratury Okręgowej Romuald Basiński. Co z wnioskiem o szpitalną obserwację, złożonym prawie rok od wypadku? - Kardiolog, badający w areszcie Waldemara M., wskazał na dolegliwości krążeniowe [m.in. dlatego M. w listopadzie został zwolniony - przyp. red.]. Pojawiło się podejrzenie udaru mózgu u kierowcy tuż przed wypadkiem. Dlatego prokurator złożył do sądu wniosek o zgodę na obserwację neurologiczno-psychiatryczną w zamkniętej placówce - wyjaśnia Basiński. Wniosek trafił do sądu rejonowego 4 stycznia. Termin posiedzenia sąd wyznaczył dopiero na 1 marca. - Nie mamy na to wpływu - tłumaczy Basiński. Odrzuca zarzut o nieprzygotowaniu asesor (zastępstwo było zgodne z przepisami), choć potwierdza, że sędzia zarządziła, aby prokurator Przemysław Funiok stawił się na sali. - Nie przyszedł, bo prowadził przesłuchanie - dodaje rzecznik prokuratury. - Nie to jednak zaważyło na decyzji sądu. Sąd, odrzucając wniosek o badanie Waldemara M., chciał mieć najpierw wyniki ekspertyzy mercedesa. Uznał, że obserwacja na oddziale zamkniętym w szpitalu neuropsychiatrycznym byłaby dla kierowcy zbytnią dolegliwością. Na ekspertyzy trzeba będzie jednak poczekać - prokuratura nie chce podawać nawet przybliżonego terminu. Bo - o czym oficjalnie się nie mówi - czy Niemcy przebadają mercedesa za darmo? Rachunek może opiewać nawet na kilkadziesiąt tysięcy euro. Częstochowska prokuratura nie ma takich pieniędzy. Basiński zapowiada zażalenie do Sądu Okręgowego. - Obserwację kierowcy i ekspertyzę techniczną auta można prowadzić równolegle - podkreśla. - Konieczność obserwacji podejrzanego w warunkach zamkniętej placówki wskazali biegli lekarze. źródło: www.gazeta.pl Bardzo smutna historia - ale nawet jeśli się okaże, że auto było uszkodzone w wyniku manipulacji przy liczniku/komputerze, to ciekawe jak znajdą winnego...? Pomijam sprawy sumienia... ayrsen - 2007-03-09, 10:24 Apelują do Giertycha: Zakazać topienia marzanny Uczestnictwo w tym wiosennym obrzędzie negatywnie wpływa na psychikę dzieci, ponieważ propaguje przemoc - napisali działacze Automobilklubu Chełmskiego i poprosili ministra edukacji Romana Giertycha, aby w całym kraju wprowadził zakaz topienia marzanny. Sprawę opisuje "Dziennik". Automobiliści wysłali do ministerstwa oficjalne pismo , w którym szczegółowo uzasadniają szkodliwość prasłowiańskiego obyczaju. "Topienie marzanny może doprowadzić dzieci i młodzież do przekonania, że najprostszą i najbardziej skuteczną metodą na osiągnięcie celu jest fizyczna likwidacja przeszkody. Wyobraźmy sobie, że uczeń ma same jedynki z matematyki czy chemii. Może dojść do wniosku, że rozwiązaniem problemem jest utopienie nauczycielki" - przekonuje w liście prezes Grzegorz Gorczyca. Członkowie chełmskiego automobilklubu są przekonani, że minister, który zajmuje stanowisko w wielu kontrowersyjnych sprawach, wesprze także ich krucjatę przeciwko słomianej kukle. Jeśli tak się nie stanie, zamierzają podjąć stanowcze działania na własną rękę. "Pierwszego dnia wiosny będziemy blokować mosty, żeby dzieci nie miały skąd zrzucać kukieł" - zapowiada w cytowanym przez gazetę liście prezes Gorczyca. "Rozważaliśmy zablokowanie dróg prowadzących do mostów, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy robić konkurencji drugiemu wicepremierowi" - czytamy. Postulat grupy chełmian bardzo spodobał się znanym satyrykom. Wszyscy, których "Dziennik" poprosił o komentarz, uważają, że minister Giertych jak najbardziej powinien przychylić się do tej prośby. "Taki zakaz jest konieczny" - stwierdza autorytatywnie Jerzy Kryszak. Aktor proponuje pójść jeszcze dalej i zakazać lepienia bałwana, bo to też może prowadzić do przemocy. "Przecież ta zabawa kończy się wciskaniem marchewki i węgielków w twarz" - uzasadnia. "Jakieś dziecko może wpaść na pomysł, żeby tę marchewkę wcisnąć w usta swojego kolegi i tragedia gotowa" - kończy. źródło: www.gazeta.pl Ja dużo potrafię zrozumieć - ale nie mam pojęcia dlaczego tym tematem zajęli się ludzie zrzeszeni w automobilklubie? ayrsen - 2007-03-10, 11:11 Korek w szczerym polu 7 marca około godziny 9.00 na drodze krajowej E75 w kierunku Warszawy doszło do wypadku, w którym dwa samochody ciężarowe zablokowały oba pasy jazdy. Ruch na gierkówce stanął. Kierowcy rozpaczliwie zaczęli szukać wyjścia (wyjazdu?) z sytuacji. Ruszyli polną drogą... Zawsze znajdzie się osoba, która szuka sposobu ominięcia korka. Drogi objazdowe są najróżniejsze. Zazwyczaj zaczynają się od szutrowego odcinka polnej/lesnej dróżki prowadzącej do małej wsi, skąd można już dojechać na pusty odcinek zablokowanej drogi. Zawsze też za pierwszym pojazdem, który zamiast tkwić bezczynnie w korku wybiera spontaniczny objazd, jedzie samochód drugi, trzeci, czwarty... 7 marca z korka w pole pierwszy zjechałem ja. Lecz kiedy zastanawiałem się, stojąc na rozdrożu, którą polną drogę wybrać, wyboru dokonał mijający mnie kierowca Subaru Outback. Za nim podążył Peugeot Partner. Ruszyłem i ja. Droga była typowa. O ile można tak określić ten rodzaj, który nazwać możemy Wimbledonski. Trawiastą polną dróżkę, gdzieniegdzie powycieraną z prześwitami szutru. W zasadzie jej jedyną zaletą było to, że ciągnęła się wzdłuż drogi szybkiego ruchu i rzeczywiście po niedługiej chwili doprowadziła nas w miejsce, z którego zobaczyliśmy przyczynę korka. "Gierkówkę" zatarasowały dwa samochody ciężarowe, co utwierdziło nas tylko w przekonaniu, że decyzja o zorganizowaniu polnego objazdu była słuszna. Zresztą za nami jechało już około 10-20 samochodów, więc nie było możliwości odwrotu. Trawa wraz z przejechanymi metrami stawała się coraz bardziej zielona, wiosnę zwiastowały kałuże. Pole zapełniało się samochodami, które najpierw jechały gęsiego, a gdy tylko droga się skończyła swobodnie wytaczały nowe pasy ruchu. Subaru, które przez długi czas prowadziło stawkę, utknęło w polu. W polu, bo w tym miejscy droga się skończyła. Na nic zdał się napęd na cztery koła. Brawura i wiara we własne siły nie wystarczyły. Potrzebny był odwrót. W objazd wdarł się chaos. Ci, którzy nie wiedzieli, że to koniec drogi nadal jechali. Kierowcy jadący z przodu zawracali. Nagle ktoś zaproponował wyciągnięcie grilla. Na polu było już grubo ponad 100 samochodów. No cóż - w końcu to wiosna Panie sierżancie... PS. Przygoda skończyła się szczęśliwie. Udało nam się znaleźć drogę do wsi, skąd asfaltowa szosa zaprowadziła nas do E75. Akcja przeprowadzki trwała ledwie godzinę, ale cóż to była za przygoda... źródło: www.gazeta.pl Tak - psychologia tłumu w najlepszym wydaniu... Choć z drugiej strony - też bym pojechał "z tłumem"... ayrsen - 2007-03-11, 08:09 57 lat bez prawa jazdy! Sąd we francuskim Nantes skazał w piątek hydraulika, który od 57 lat jeździł bez prawa jazdy , na trzy miesiące więzienia w zawieszeniu. 78-letniego hydraulika zatrzymano w styczniu po wypadku. Stracił wtedy panowanie nad kierownicą i uderzył w barierkę przy drodze; okazało się, że prowadził wóz po pijanemu. W ciągu 40 lat pracy zawodowej prowadził on ciężarówkę, a prawo jazdy uzyskane w wojsku miał do tej pory nie podstemplowane przez lokalne władze. Mężczyźnie skonfiskowano samochód i zakazano mu podchodzenia do egzaminu na prawo jazdy w ciągu najbliższych 10 miesięcy. źródło: www.interia.pl No dobra - była już równa babcia - teraz jest super dziadek... ayrsen - 2007-03-11, 19:17 Paliwo z pomarańczy Hiszpanie wpadli ostatnio na bardzo nowatorski pomysł. Okazało się, że w najbliższym czasie będzie możliwa produkcja biopaliwa z jednego z najlepszych towarów eksportowych tego kraju, czyli pomarańczy. Samorząd w regionie Walencji stwierdził ostatnio, że istnieje możliwość, aby nadmiar owoców oraz produkty uboczne jakie po nich pozostają przetworzyć na paliwo, które będzie zdatne do zasilania samochodów. Każdego roku przynajmniej cztery miliony ton pomarańczy zostaje zamienionych na soki pozostawiając po sobie skórki i łupinki oraz miąższ jako papkowaty produkt uboczny. Z każdej tony takiego surowca można wytworzyć nawet do 80 litrów bio-paliwa. Samorządowcy obliczyli, że na dzień dzisiejszy posiadają potencjał, aby wytwarzać prawie 20 milionów litrów takiego paliwa w ciągu roku. Włodarze dodają także, że w przeciągu następnych paru lat ten wynik można będzie spokojnie podwoić, bowiem do stawki dojdą także inne owoce. Pomysł na sprzedawanie bio-paliwa z pomarańczy ma funkcjonować lokalnie, dzięki czemu pozwoli zwiększyć lokalny potencjał ekonomiczny tego regionu, a także zredukować ilość szkodliwych substancji wydalanych do atmosfery przez samochody. źródło: www.onet.pl Uff - czego jak czego ale V-Power z tego nie zrobią - czyli mój silnik się uchowa... ayrsen - 2007-03-12, 10:22 Robotnik znalazł 420 000 dolarów W czasie prac budowlanych w japońskim mieście Owariasahi jeden z robotników znalazł plastikowy pojemnik. Okazało się, że w środku są pieniądze - niebagatelna suma 50 milionów jenów (420 tys. dolarów). Pieniądze zostały zakopane w ziemi na pustej działce pod miastem. Robotnik kopał rów. Pracował sam przy pomocy małej koparki i nagle zobaczył pojemnik. Po obejrzeniu zawartości, odniósł znalezisko na policję, która szuka obecnie właściciela fortuny. Zdaniem ekspertów policyjnych, pieniądze leżały w ziemi przez pewien czas. Jeśli w ciągu sześciu miesięcy nie znajdzie się właściciel, cała suma - minus 30-procentowy podatek - przypadnie szczęśliwemu znalazcy. Nie jest to największy podobny skarb znaleziony w Japonii. W 1980 roku na jednej z ulic w centrum Tokio kierowca ciężarówki znalazł zgubiony bądź wyrzucony z innego pojazdu worek, w którym znajdowało się sto milionów jenów (ok. 850 tys. dolarów). Właściciela nie znaleziono i kierowca zainkasował należne mu pieniądze. źródło: www.gazeta.pl Ja, ja, ja - to ja zakopałem - Naprawdę... Jak bum cyk cyk... ayrsen - 2007-03-12, 14:46 Kierowca PKS-u i 2,7 promila 2,7 promila alkoholu w organizmie miał kierowca PKS, który w poniedziałek został zatrzymany w miejscowości Białowoda (Lubelskie), gdy prowadził autobus z pasażerami. Mężczyźnie grozi do 8 lat więzienia - poinformowała policja. 45-letni Ryszard T. z państwowego przedsiębiorstwa PKS Opole Lubelskie jechał na trasie Opole Lubelskie - Świdno. Wiózł około 10 pasażerów. Prowadzony przez niego autobus poruszał się całą szerokością drogi. "Policję zawiadomili ludzie, którzy jechali za PKS-em samochodem osobowym i nie mogli wyprzedzić autobusu. Zauważyli też, że autokar jechał z otwartymi drzwiami. Gdy PKS zatrzymał się na przystanku w miejscowości Białowoda, kierowca samochodu osobowego wszedł do autobusu i wyjął kluczyki ze stacyjki. Wtedy zjawiła się policja" - powiedział rzecznik komendanta wojewódzkiego policji w Lublinie Janusz Wójtowicz. Ryszard T. został zatrzymany. Będzie odpowiadał za sprowadzenie zagrożenia katastrofą w ruchu drogowym. Za to przestępstwo grozi kara do 8 lat więzienia. "Będzie odpowiadał w normalnym trybie. Takich poważnych przestępstw nie będą sądzić sądy 24-godzine" - dodał Wojtowicz. Policja będzie też sprawdzać, kto udostępnił autobus pijanemu kierowcy. źródło: www.interia.pl Takich ludzi normalnie bym banował ze społeczeństwa - na zawsze, bez możliwości odwołania... ayrsen - 2007-03-13, 10:04 Awaryjne lądowanie samolotu w Japonii Chwile grozy przeżyło 56 pasażerów i 4 członków załogi samolotu japońskiego przewoźnika ANA, gdy podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku Kochi, na wyspie Shikoku nie wysunęły się przednie koła podwozia. ![]() ![]() ![]() ![]() Piloci turbośmigłowego samolotu typu Bombardier DHC-8 przez 2 godziny krążyli nad lotniskiem usiłując wysunąć zablokowane koła, jednak nie zdołali tego dokonać. Załoga zmuszona została do awaryjnego lądowania, które zakończyło się szczęśliwie. Nikt nie odniósł obrażeń a maszyna nie odniosła większych uszkodzeń. Samolot leciał z Osaki do Kochi. źródło: www.gazeta.pl Dobrze, że tak brzmi ta wiadomość... Bo mogła brzmieć znacznie mniej przyjemnie... Gratulacje dla pilotów, za opanowanie i praktyczne umiejętności... ayrsen - 2007-03-15, 10:37 Piłkarz zaorał traktorem boisko Różne już słyszeliśmy historie o zawodnikach niezadowolonych z decyzji trenera o pozostawieniu go na ławce rezerwowych czy nie powołaniu na mecz. Ale to, co zdarzyło się w Serbii przechodzi wszelkie pojęcie. Slavomir Milnović, zawodnik amatorskiego FC Marmor po usłyszeniu informacji, że nie został powołany na najbliższy mecz, pożyczył od rodziny traktor i zaorał całe boisko swojego klubu. "Jeśli ja nie mogę grać, to nikt nie będzie grał - mówił 25-letni pomocnik. Próbowaliśmy znaleźć stronę internetową FC Marmor w celu uzyskania jakiś dodatkowych informacji, ale drużyna ta nie ma swojej strony www. Ale w obecnej chwili chyba nie jest to największe ich zmartwienie. Wszak nie mają boiska. Dziwne zachowania piłkarzy, niezgadzających się z decyzją trenera to nie pierwszyzna. Luis Figo nie odzywał się do Wanderleya Luxemburgo (nie mówił mu nawet hola czy adios), Ruud van Nistelrooy obrażony na Sir Alexa Fergusona za to, że nie wpuścił go nawet na sekundę spotkania z Arsenalem, wrócił z Londynu do Manchesteru taksówką. Z bardziej folklorystycznych historii słyszeliśmy kiedyś na własne uszy jak zawodnik po przeczytaniu kadry na mecz i po zorientowaniu się, że jego nazwiska w niej nie ma wypalił do trenera "Trenerze to są chyba k**** jakieś jaja, że ja nie jadę na mecz !" Swoją drogą, może trener powinien dać jeszcze jedną szanse Milnovićowi. Determinacja, jaką się wykazał, pozwala sądzić, że jeżeli dostanie szanse będzie "gryzł trawę", o ile ta odrośnie na obiekcie FC Marmor. Na razie Milnović ma większe zmartwienia. Okoliczni mieszkańcy usłyszeli jak orze boisko i wezwali policję. Rolnik-amator został aresztowany, odpowie za niszczenie własności prywatnej. źródło: www.gazeta.pl Niezły "kosmita"... I takie dziecięce zachowanie - cóż, kariery już raczej nie zrobi - chyba, że w kolejnej edycji lokalnego "Big Brother'a"... ayrsen - 2007-03-15, 12:56 Polskie browary przebojem zdobywają puby Zielonej Wyspy - Święty Patryk woli tyskie od guinnessa W najbliższą sobotę, w dzień Świętego Patryka, wielu Irlandczyków być może wypije więcej piwa z Polski niż rodzimego guinnessa. To prawdziwa rewolucja kulturowa. I wyzwanie dla polskich producentów. Ciemnobrązowe gorzkie piwo Guinness, które Irlandczycy pochłaniali hektolitrami, staje się coraz mniej popularne w tym kraju. Jego sprzedaż systematycznie spada od kilku lat. Zmienił się gust Irlandczyków, którzy nie przestali pić piwa, ale uważają, że Guinness jest dobry dla starszego pokolenia. - Jeszcze dwa, trzy lata temu, kiedy jako pracownik Biura Radcy Handlowego w Dublinie wchodziłem do pubu i pytałem, czy nie byliby zainteresowani polskim piwem, słyszałem: - Panie, jak nie sprzedajesz guinnessa, to wynocha - wspomina Jacek Wójcikowski z NKC Business and Taxation Consultants Limited, firmy finansowo-księgowej zajmującej się obsługą polskich przedsiębiorstw w Irlandii. Sukcesem było upchnięcie kilkudziesięciu butelek w O'Brien Beer - specjalistycznym sklepie importującym piwo z całego świata. Teraz polskie piwo jest wszędzie, od pubów po supermarkety. Kompania Piwowarska trzykrotnie zwiększyła w ubiegłym roku eksport wyrobów marek Tyskie i Lech. Ponad połowa ich zagranicznej sprzedaży trafia do Irlandii i Wielkiej Brytanii. - Polskie piwo początkowo pili Polacy, którzy wyemigrowali do Irlandii - mówi Paul Maher, właściciel Four Corners, firmy mającej wyłączność na import piw Tyskie, Okocim i Lech. Przyznaje, że jemu najbardziej smakuje Okocim, ale pozostałe dwa gatunki lubią jego przyjaciele. - Już zgromadziłem zapas na najbliższą sobotę - zapewnia. Jego zdaniem sprzedaż polskich piw będzie w Irlandii szybko rosła. - Nie różnią się od najlepszych niemieckich i belgijskich. Są zdecydowanie lepsze od wyrobów Carlsberga czy Heinekena. Mają doskonały i wyraźny smak. No i są mocniejsze, to też się liczy - dodaje Maher. Piotr Małolepszy, który w KP odpowiada za eksport, cieszy się, że to jego firmie udało się jako pierwszej wejść do wielkich sieci handlowych. - Sprzedaż naszego piwa w Irlandii stale rośnie, a Guinnessa systematycznie spada - podkreśla Piotr Małolepszy. Eddy Martin z Bailey Bar w centrum Dublina przyznaje, że wprawdzie guinness nadal ma amatorów, jest ich jednak coraz mniej. - Faceci pytają coraz częściej o tyskie - mówi "Rz". Grainne Mackin, szef działu prasowego Diageo, właściciela marki Guinness, uważa, że to nie gusty Irlandczyków się zmieniły, ale ich styl życia. Dziś mają do wyboru dużo więcej trunków niż trzy, cztery lata temu. - Ludzie nie widzą powodu, aby tkwić w kręgu miłośników guinnessa. Patriotyzm nie ma tu żadnego znaczenia - dodaje Grainne Mackin. Dla Diageo spadek sprzedaży irlandzkiego specjału przekłada się na gorsze wyniki finansowe. Całe szczęście, że w tym samym czasie guinnessa polubili Japończycy. Coraz więcej eksportuje się go do Afryki Zachodniej, gdzie uznano, że jest doskonałym środkiem przeciw malarii i wzmaga potencję. Mimo konkurencji Guinness pozostanie jednak najczęściej sprzedawanym gatunkiem piwa w irlandzkich pubach za granicą, także w Tychach i Poznaniu. Święty Patryk mu w tym pomoże. źródło: www.rzeczpospolita.pl Spędziłem rok na "Zielonej Wyspie"... Jesli już piłem Guinness'a, to tylko Extra Cold... A piwo - wiadomo, że najlepszy jest Żywiec - no może poza niszowym Kaprem Królewskim... ayrsen - 2007-03-15, 15:48 Gdańsk: skradziono diamenty warte 1,5 mln dol Diamenty warte ok. 1 mln 500 tys. dolarów skradziono z depozytu na terenie Międzynarodowych Targów Gdańskich - poinformowała policja. Należały do belgijskich wystawców uczestniczących w targach bursztynu "Amberiff". Według dotychczasowych ustaleń, Belgowie złożyli kamienie szlachetne do depozytu w środę wieczorem. Rzecznik gdańskiej policji Dominika Przybylska poinformowała, że sprawę zaginięcia diamentów zgłoszono w czwartek przed południem. Dodała, że obecnie na miejscu zdarzenia są policjanci i wyjaśniają okoliczności sprawy. Jak powiedziała "Gazecie.pl" rzeczniczka Komendy Głównej Policji Danuta Wołk - Karaczewska jest to jedna z większych kradzieży tego typu w ostatnich latach. źródło: www.gazeta.pl No dobra - przyznawać się - kto mi zwinął towar... P.S. Żona do mnie dzwoniła - powiedziała, że nie spodziewała się aż takiego prezentu ode mnie... ayrsen - 2007-03-19, 13:31 Autostradą... pod prąd! Zdarzenie miało miejsce w piątkowe popołudnie na odcinku autostrady A2 przy zjeździe do miejscowości Emilia w kierunku Poznania. Zaraz przy zjeździe z autostrady zauważyliśmy nadjeżdżający z przeciwka samochód (Fiat Punto), który jechał POD PRĄD lewym pasem autostrady!!! Mimo ostrzeżeń dźwiękowych kierowca kontynuował jazdę, cały czas przyspieszając. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko obserwować bieg wydarzeń w lusterku wstecznym. Upłynęło zaledwie kilka sekund gdy zobaczyliśmy koziołkującego Forda Focusa, który w ostatniej chwili zdołał ominąć nadjeżdżający z przeciwka samochód. Niestety, kierowca Forda stracił panowanie nad kierownicą, wpadł w poślizg i z wielkim impetem uderzył w barierkę oddzielającą od siebie przeciwległe pasy ruchu. Zatrzymaliśmy samochód i od razu ruszyliśmy na pomoc. Jakie było nasze zdziwienie, gdy w drodze do rozbitego Forda zobaczyliśmy zawracającego Fiata Punto, który w pośpiechu opuszczał miejsce zderzenia!!! (tym razem już w prawidłowym kierunku). Na całe szczęście, kierowcy Focusa nic (!) się nie stało. Zaraz na miejscu pojawiła się karetka pogotowia oraz policja. Pani kierująca Fordem została przewieziona do szpitala na badania kontrolne, a my udzieliliśmy wyczerpujących wyjaśnień policji. Jak dowiedzieliśmy się od patrolu drogówki, szanse na odnalezienie uciekiniera są niewielkie, więc postępowanie zostanie umorzone. Na usta cisną się słowa, które mogą okazać się zbyt ostre, dlatego powstrzymamy się od komentarza. Wyrażamy jedynie głęboką nadzieję, iż kiedyś przyjdzie nam żyć w kraju odpowiedzialnych, kulturalnych i rozsądnych kierowców... źródło: www.wp.pl Wierzyć się nie chce, w jakim kraju my żyjemy... ayrsen - 2007-03-20, 08:24 Sprzedaż autogazu zwalnia tempo Polska jest nadal światowym imperium w wykorzystaniu autogazu, ale zamiłowanie Polaków do tego paliwa powoli maleje. W zeszłym roku sprzedaż autogazu w Polsce wzrosła tylko o 4 proc., mniej niż w poprzednich latach. Zdaniem Polskiej Organizacji Gazu Płynnego sprzedaż gazu propan-butan w Polsce ustabilizowała się już w zeszłym roku, a więc o dwa, trzy lata wcześniej, niż przewidywano. Większość tego gazu jest w Polsce używana jako paliwo do samochodów i na sytuację całej branży w dużej mierze wpłynął mniejszy niż w przeszłości wzrost sprzedaży autogazu. Spadła liczba samochodów, w których montuje się instalacje do napędu gazowego. Według POGP w zeszłym roku takie instalacje założono w 260 tys. samochodów, co stanowi 56 proc. instalacji założonych w 2005 r. Ten spadek wynika z rosnących kosztów instalacji w nowszych autach. "Silniki samochodowe są coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Do takich silników muszą być stosowane instalacje gazowe nowej generacji, a co za tym idzie - dużo droższe" - tłumaczy POGP. Na koniec zeszłego roku po Polsce miało jeździć prawie 2 mln samochodów przystosowanych do autogazu - prawdopodobnie najwięcej na świecie. źródło: www.gazeta.pl Nie powiem, że mnie ta wiadomość nie cieszy... Cieszy - i to bardzo... ayrsen - 2007-03-21, 07:32 Rewolta w kartografii XVI-wieczne mapy nie pozostawiają wątpliwości - ktoś dotarł do Antarktydy i północnej Grenlandii wieki przed znanymi dotychczas odkrywcami tych lądów. Tylko, kto to był... ![]() Mapa Arktyki zrobiona przez Gerarda Mercatora w XVI wieku. Wówczas nie było jeszcze wiadomo, że Grenlandia jest wyspą. Tymczasem kartograf poprawnie ją wyrysował, korzystając z wiedzy tajemniczych preżeglarzy 1775, dowodzony przez równie sławnego jak i doświadczonego kapitana Jamesa Cooka okręt HMS "Resolution" natknął się na małe lodowe wysepki za południowym kołem podbiegunowym. Załoga była rozczarowana ich niewielkim rozmiarem, lecz sam kapitan szczęśliwy - nie wierzył w istnienie legendarnego wielkiego lądu leżącego na południu globu i tą wyprawą Królewskiego Towarzystwa Naukowego tylko udowodnił swą tezę. Paradoksalnie przeszedł do historii i podręczników jako odkrywca Antarktyki. Do stałego lądu samej Antarktydy pierwszy człowiek dotarł pół wieku później - w 1820 roku rosyjski admirał Faddiej Bellingshausen. Tyle historia. Kłopot polega jednak na tym, że być może trzeba ją będzie napisać od początku, a dla Cooka i Bellingshausena może w niej zabraknąć miejsca. Tajna misja Europejczyków? A wszystko przez mapę, która powstała 250 lat przed wyprawą Cooka. - Pierwszy raz zobaczyłem ją w bibliotece w Nowym Jorku, gdy przeglądałem woluminy ze starego księgozbioru - opowiada mi Leslie Trager, członek towarzystwa kartograficznego Mercator Society i ekspert zajmujący się badaniami historycznymi starożytnych map. - Nie potrafiłem ukryć ekscytacji, bowiem mapa pokazywała z nieprawdopodobnymi szczegółami zarys linii brzegowej Antarktydy, kontynentu nieznanego ówczesnym żeglarzom! Swoje znalezisko Trager opisał w najnowszym wydaniu magazynu "The Explorers Journal". O samej mapie niewiele wiadomo, nie zachowały się informacje, kto jest jej autorem ani skąd pochodziły dane do jej sporządzenia. Wątpliwości nie ma natomiast co do jej wieku ani tego, że pochodziła z okręgowej biblioteki Wirtembergii w Stuttgarcie. - Na usta cisnęło mi się zatem pytanie, skąd jej autor miał wiedzę o wyglądzie południowego kontynentu? I kim byli żeglarze, którzy dotarli do Antarktydy przed Europejczykami? Kiedy tam dopłynęli? Jak? - opowiada Leslie Trager. Jego zdumienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy spędziwszy godziny nad dokumentem odkrył, iż w obszarze Lodowca Szelfowego Rossa (wielkiej antarktycznej zamarzniętej zatoki morskiej) na mapie widoczne są dwie wyspy. W dzisiejszych czasach są one niewidoczne - ląd schowany jest pod lodem. Co więcej - z analiz prowadzonych przez glacjologów wynika, że wyspy te znajdowały się pod lodową czapą również w XVI w., gdy powstała mapa. Nie może więc być mowy o jakiejś ówczesnej tajnej misji kartograficznej przemilczanej przez historię, bowiem jej uczestnicy, nawet gdyby wówczas dotarli do Antarktydy, i tak by wysp tych nie zobaczyli. Genialny matematyk kontra geografia Kluczem do dalszych wskazówek musiały być zatem badania glacjologiczne i klimatyczne odpowiadające na pytanie: kiedy aura była na tyle łagodna, by te dwie widoczne na mapach wysepki wynurzyły się spod zwałów lodu? - Sięgnąłem do fundamentalnego dzieła "The Ice Chronicles" dotyczącego zmian globalnego klimatu w regionach polarnych. Z opublikowanych tam badań wynika, że ostatni raz okres ocieplenia zdarzył się w latach 900 - 600 r. p.n.e. - opowiada Trager. Z ciekawości sięgnął on również po kilka innych tajemniczych dzieł XVI-wiecznych kartografów. Na jednym z nich - mapie sporządzonej przez tureckiego admirała Piri Ibn Haji Mehmeda - również widać zaskakująco dokładne zarysy Antarktydy. Najciekawsze jest jednak to, że jej autor w sporządzonych po arabsku notatkach odwołał się do nieznanego nam dziś dzieła kartograficznego, na którym się wzorował, a które miałoby powstać w czasach Aleksandra Macedońskiego (356-323 r. p.n.e.). A zatem krótko po tym, gdy było cieplej. To zaś oznacza, że jacyś starożytni żeglarze i kartografowie musieli tam dotrzeć i dokonać pomiarów. Podobna sytuacja miała również miejsce po drugiej stronie globu - w północnej Grenlandii, a jej kartograficznym enfant terrible stała się słynna mapa świata naszkicowana w 1569 r. przez flamandzkiego matematyka i geografa Gerarda Mercatora, ojca współczesnej kartografii. Jego dzieło nie tylko pokazuje z ogromną dokładnością szczegóły linii brzegowej Grenlandii, lecz przede wszystkim przedstawia ją jako wyspę - coś, co najwyraźniej dla XVI-wiecznego kartografa było oczywiste. Jednak w czasach nowożytnych wcale za pewnik nie uchodziło. Wątpliwości, czy Grenlandia jest wyspą, czy też może łączy się ze stałym lądem Syberii, zajmowały geografów jeszcze w XIX stuleciu. Te skute lodem regiony były wówczas dla żeglarzy niedostępne, a wiedza o kształcie linii brzegowej czerpana była z tak wątpliwych przesłanek, jak odnajdywanie tu i ówdzie dryfującego po morzu syberyjskiego drewna. Mapę Mercatora zwyczajnie ignorowano, uznając ją za produkt imaginacji kartografa z Flandrii. Pewność, że ląd tej największej wyspy świata w istocie kończy się na 84. równoleżniku, a więc tysiące kilometrów przed biegunem, nie mówiąc o Syberii, przyniosły dopiero wyprawy psimi zaprzęgami, jakie na północny obszar Grenlandii przedsięwziął admirał Robert Peary. Było to jednak w 1900 roku, a więc jakieś trzy stulecia po wykreśleniu mapy przez Mercatora! Jak zwykle Chińczycy Skąd więc genialny twórca pierwszego na świecie atlasu geograficznego czerpał wiedzę? - Wygląda na to, że podobnie jak w przypadku Antarktydy ludzkość zatraciła wiedzę pochodzącą z dziś już nieznanych starożytnych rejsów i ich kartograficznych opisów - uważa Trager. Pora zatem na najważniejsze pytanie: Kim byli ci antyczni żeglarze i odkrywcy? - Tego nie wiemy - wprost odpowiada Trager. - Może wikingowie? - podsuwam. - Raczej nie. Choć w czasie ich największej aktywności (lata 800-1100) oceany były cieplejsze niż dziś i mogliby opłynąć Grenlandię od północy, to jednak w staroskandynawskich sagach nie ma śladu na temat takiego wydarzenia, a z pewnością byłoby ono wspomniane. - Zatem kto? - Myślę, że odpowiedź uzyskamy któregoś dnia od archeologów. Ale jeśli miałbym mówić o moich przeczuciach jako miłośnika starych map, stawiałbym na żeglarzy chińskich i Fenicjan. Jedni i drudzy mieli wielkie talenty morskie i swymi dziełami mogli zachwycić i zainspirować XVI-wiecznych kartografów europejskich. Którzy z nich tego dokonali? Czekamy na odpowiedź naukowców. Zatem jeszcze nie wszystko odkryte. źródło: www.gazeta.pl Jak to kto - Chińczycy... Pozwólcie Smokowi spać - bo jak sie obudzi... ayrsen - 2007-03-22, 16:18 Zmiana pytań na prawo jazdy - Przyszli kierowcy muszą się uczyć od nowa Ministerstwo Transportu pracuje nad zmianą pytań do testów na prawo jazdy. Musi to zrobić, bo część jest już nieaktualna, a kolejne się zdezaktualizują lada dzień. Blisko trzydzieści nowych pytań pojawi się na egzaminie teoretycznym dwa tygodnie po ich opublikowaniu w Biuletynie Informacji Publicznej na stronach internetowych Ministerstwa Transportu. A to nastąpi już niebawem. Wszystko przez to, że w ostatnich miesiącach zmieniły się przepisy zarówno samego kodeksu drogowego, jak i ustawy o czasie pracy kierowców. W kodeksie zmieniono przepis o konieczności używania świateł mijania (teraz trzeba mieć je włączone przez cały rok, a nie tylko zimą) i minimalnych odstępach w najdłuższych tunelach. W ustawie zmieniono przepisy o czasie prowadzenia pojazdów i odpoczynku. Do zmiany pytań egzaminacyjnych zobowiązały nas też nowe wytyczne Europejskiej Rady Resuscytacji ustalającej standardy pierwszej pomocy. U nas kursanci uczą się dzisiaj zupełnie czegoś innego. Podczas egzaminu trzeba się będzie zmierzyć z konkretnymi przypadkami. Każda ze zmian dotyczyć będzie kandydatów zdających na różne kategorie praw jazdy. Te dotyczące czasu pracy za kierownicą będą obowiązywać tylko przyszłych kierowców autobusów i ciężarówek (C i D). Jeszcze w tym roku, a najpóźniej w połowie przyszłego zdających na prawo jazdy czekają kolejne spore zmiany w egzaminie teoretycznym i pisemnym. Konkretny termin zależy od tempa prac legislacyjnych nad ustawą o kierujących pojazdami, którą w lutym przyjął rząd. Kiedy zostanie uchwalona, dzisiejsze pytania testowe zastąpią symulacje komputerowe zdarzeń na drodze. Najpierw taki egzamin będzie przeprowadzany pilotażowo w kilku ośrodkach, z czasem we wszystkich. Sporo zmian czeka młodych kandydatów na kierowców. Pierwszy dokument uprawniający do jazdy - choć niesamodzielnej - będzie mógł dostać już szesnastolatek. Najmłodszych obowiązywać ma jednak dwuletni okres próbny. W pierwszych siedmiu miesiącach od otrzymania prawa jazdy kierowca będzie musiał mieć pojazd oznaczony zielonym listkiem. Nie będzie mógł też jeździć z prędkością powyżej 50 km/h w terenie zabudowanym i 80 km/h poza obszarem zabudowanym, niezależnie od rodzaju drogi i dyspozycji znaków drogowych. Nie będzie też mógł pracować jako zawodowy kierowca. źródło: www.rzeczpospolita.pl ayrsen - 2007-03-23, 09:27 Szklany pomost nad Wielkim Kanionem Kolorado Widok stamtąd zapiera dech i przyprawia o zawrót głowy. We wtorek zostaje otwarta szklana platforma widokowa Skywalk nad Wielkim Kanionem Kolorado, uznana za cud inżynierii. Platforma ma kształt podkowy wystającej na ponad 20 metrów od krawędzi urwiska, które opada pionowo w dół na głębokość 1220 metrów. Znajduje się 144 km na zachód od Parku Narodowego Wielki Kanion, odwiedzanego co roku przez 4,1 mln turystów, na terenach rezerwatu Indian Hualapai w Arizonie. Przywódcy plemienia, którego jedna trzecia żyje w nędzy, zastanawiali się kilka lat, zanim zgodzili się na budowę platformy w pobliżu miejsc grzebalnych. Przeważyła nadzieja na zyski z unikatowej atrakcji turystycznej i starszyzna pozwoliła inwestorowi z Las Vegas na budowę, która kosztowała 30 mln dolarów. Przywódcy plemienni spodziewają się, że Skywalk stanie się centrum rozwijającego się przemysłu turystycznego, oferującego m.in. loty śmigłowcem nad kanionem i spływy Kolorado specjalnymi tratwami. Dla publiczności Skywalk zostanie otwarty w przyszłym tygodniu. Za 25 dolarów plus inne opłaty turyści będą mogli podziwiać otwierającą się pod nimi przepaść Wielkiego Kanionu, oddzieleni od niej przezroczystą taflą szkła. Szklaną podkowę nad przepaścią budowano dwa lata. Trzyma się nad kanionem dzięki niewidocznym stalowym dźwigarom wpuszczonych na głębokość 14 metrów w skałę. Skywalk został zaprojektowany przez pracownię architektoniczną MRJ Architects, a jego rozwiązaniem konstrukcyjnym zajęła się firma Lochsa Engineering. Szkło, z którego zrobiono szklaną podkowę sprowadzono z niemieckich zakładów Saint-Gobain, specjalizujących się w produkcji szkła strukturalnego na potrzeby unikatowych projektów budowlanych na całym świecie. Według architekta Marka Johnsona, Skywalk udźwignie jednocześnie 120 osób i wytrzyma wiatry wiejące w Kanionie z prędkością 160 km na godzinę. Pomost wyposażono również w system amortyzujący, aby nie wpadał w drgania powodowane przemieszczeniem się po nim ludzi. Pierwszymi, którzy zajrzą z niego w przepaść kanionu, będą przywódcy plemienia, którzy wynajęli byłych astronautów: Edwina (Buzza) Aldrina i Johna Herringtona. Aldrin brał udział w pierwszym lądowaniu na Księżycu, a Herrington to pierwszy Indianin, który przebywał w przestrzeni kosmicznej. Wezmą oni udział w krótkiej ceremonii chrztu szklanej platformy. Wiadomo, że jako astronauci nie cierpią na lęk wysokości. źródło: www.pulsbiznesu.pl Czytałem o tym projekcie ok. pół roku temu - a teraz "Słowo stało się Ciałem"... ayrsen - 2007-03-26, 08:43 MEDIA W przepisach zapomniano o Internecie - strony WWW jak gazety podlegają prawu prasowemu Nawet hobbystyczna strona internetowa może zostać uznana za dziennik lub czasopismo. Prowadzenie jej bez rejestracji w sądzie grozi grzywną, a nawet ograniczeniem wolności O problemach z interpretacją niejasnych przepisów prawa prasowego wiadomo od dawna. Dotychczas jednak prawnicy dyskutowali jedynie nad tym, czy serwisy internetowe można rejestrować jako dzienniki lub czasopisma. Część sądów godziła się na taką rejestrację, część nie. Teraz okazuje się, że za brak rejestracji grozi odpowiedzialność karna. Przekonał się o tym niedawno Leszek Szymczak prowadzący serwis GazetaBytowska.pl. Sąd Rejonowy w Słupsku co prawda umorzył postępowanie przeciwko niemu ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu, ale jednocześnie uznał, że mężczyzna złamał prawo, nie rejestrując swojej strony internetowej. W takiej samej sytuacji mogą być tysiące autorów innych serwisów, które są cyklicznie aktualizowane.Wiele z nich spełnia bowiem przesłanki decydujące o uznaniu ich za dziennik lub czasopismo. Autor serwisu o akwarystyce, aktualizujący go rzadziej niż raz w tygodniu, może być uznany za wydawcę czasopisma. Z kolei twórca strony internetowej, na której nawet w sposób amatorski częściej niż raz w tygodniu są opisywane poczynania samorządu - choć może o tym nie wiedzieć - prowadzi dziennik. Autorytety prawnicze przekonują, że stare przepisy nie przystają do dzisiejszych realiów, dlatego powinny być traktowane z dystansem. Prof. Ewa Nowińska z Uniwersytetu Jagiellońskiego jest zdania, że o tym, czy strony internetowe są dziennikiem lub czasopismem, powinny decydować osoby je prowadzące. źródło: www.rzeczpospolita.pl ________________ PRAWO PRASOWE - prawo nie odróżnia strony internetowej od papierowego dziennika. Nawet strona internetowa o rybkach akwariowych może zostać przez sąd uznana za czasopismo. Prowadzenie jej bez rejestracji jest karalne. Za brak takiej rejestracji grozi grzywna, a nawet ograniczenie wolności. Przekonał się o tym niedawno Leszek Szymczak prowadzący serwis GazetaBytowska.pl. Został oskarżony m.in. właśnie o wydawanie dziennika lub czasopisma bez rejestracji. Sąd Rejonowy w Słupsku co prawda umorzył postępowanie ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu, ale jednocześnie uznał, że zarzut ten jest zasadny. Problem tkwi w tym, że zgodnie z definicją ustawową pojęciom dziennik i czasopismo odpowiada wiele stron internetowych, które na pierwszy rzut oka nie mają wiele wspólnego z prasą. Autor serwisu o akwarystyce aktualizujący go rzadziej niż raz w tygodniu może być uznany za wydawcę czasopisma (zgodnie z art. 7 ust. 2 pkt 3 prawa prasowego). Z kolei twórca strony internetowej, na której nawetw sposób amatorski częściej niż raz w tygodniu są opisywane np. poczynania samorządu, chce czy nie chce - jest wydawcą dziennika. I jeden, i drugi powinni zarejestrować swoje tytuły prasowe. - Chociaż intuicyjnie czuję, że wiele tego typu stron trudno uznać za prasę, to jednak muszę patrzeć na nie przez pryzmat przepisów. Jeśli więc strona spełnia przesłanki dziennika lub czasopisma, takie jak np. periodyczność, i jednocześnie odpowiada definicji prasy, to po prostu jest prasą -mówi dr Michał Zaremba z Uniwersytetu Warszawskiego. Prof. Ewa Nowińska z Uniwersytetu Jagiellońskiego zwraca uwagę, że przepisy prawa prasowego powstawały w czasach, gdy o Internecie nikt jeszcze nie śnił. - Dlatego też uważam, że należy do nich zastosować wykładnię dynamiczną. Innymi słowy, trzeba je czytać przez pryzmat dzisiejszych realiów. Zobowiązanie twórczyni strony internetowej "Poradnik nastolatki" do jej zarejestrowania w sądzie byłoby po prostu śmieszne - przekonuje. Jej zdaniem o tym, czy strony internetowe są dziennikiem lub czasopismem, powinny decydować same osoby je prowadzące. - Jeśli zechcą uzyskać status "prasy", to złożą wniosek o rejestrację. Wówczas sąd podejmie decyzję, czy dana strona jest "dziennikiem" lub "czasopismem". Nadanie takiego statusu wiąże się z jednej strony z określonymi przywilejami, z drugiej jednak - z dodatkowymi obowiązkami -mówi prof. Nowińska. - Jeżeli jednak osoba prowadząca stronę internetową nie chce, aby była ona traktowana jako prasa, to nie powinna być za to ścigana. Problem wydaje się w tej chwili nierozwiązywalny. Jak widać bowiem po wyroku dotyczącym serwisu GazetaBytowska.pl, sądy stwierdzają, że brak rejestracji oznacza złamanie prawa. Tymczasem inne sądy, nawet gdy ktoś chce zarejestrować stronę, odmawiają tego. Tak np. zrobił Sąd Apelacyjny w Rzeszowie, który przyjął, że strona internetowa co do zasady nie może być uznana za dziennik lub czasopismo, i odmówił rejestracji portalu afery.prx.pl (sygn. I ACa 277/05). źródło: www.rzeczpospolita.pl ________________ PRAWO PRASOWE - prowadzący stronę internetową odpowiada jak redaktor Osoba prowadząca stronę internetową odpowiada za zamieszczane na niej treści, nawet gdy nie zarejestrowała jej jako dziennik lub czasopismo. Jeśli ktoś narusza prawo, np. pomawiając inną osobę na swej stronie internetowej, stosuje się do niego przepisy o odpowiedzialności w sprawach prasowych. Przesądza o tym art. 54b prawa prasowego, który wskazuje także na inne niż prasa środki służące rozpowszechnianiu informacji "niezależnie od techniki przekazu". Co to oznacza w praktyce? Chociażby to, że osoba, której prawo naruszono, może domagać się sprostowania. A jeśli autor strony odmówi tego, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności. Od prowadzącego serwis można też domagać się odszkodowania za opublikowanie nieprawdziwych informacji. Sprawa jest prosta, jeśli chodzi o statyczną stronę internetową, której prowadzący ma możliwość na bieżąco śledzić, co jest na niej umieszczane, nawet gdy nie czyni tego osobiście. Problemy zaczynają się jednak, gdy serwis umożliwia dołączanie komentarzy przez internautów. Zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę, że na niektórych forach internetowych pojawia się nawet kilkadziesiąt tysięcy wpisów dziennie. Czy prowadzący taki serwis również odpowiada za naruszenia dokonane w zasadzie bez jego wiedzy? Zdania prawników są podzielone. Część wskazuje na art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, który wyłącza odpowiedzialność za przechowywane dane tego, kto - udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego - nie wie o bezprawnym charakterze tych danych. Większość portali internetowych przyjęła zasadę reagowania na zgłaszane nieprawidłowości. Monitorowanie wszystkich wpisów wymagałoby zatrudnienia całych zespołów pracowników. Dlatego portale poprzestają na wyrywkowej kontroli wpisów. Reagują zaś, gdy ktoś wskaże im informację niezgodną z prawem lub dobrymi obyczajami. Poza odpowiedzialnością cywilną redaktora, czyli w tej sytuacji osoby prowadzącej stronę internetową, w grę może również wchodzić odpowiedzialność karna, o której mowa w art. 49a prawa prasowego. Przewiduje on grzywnę lub ograniczenie wolności za opublikowanie materiału zawierającego znamiona przestępstwa. Właśnie o to był oskarżony wspomniany w artykule "Prawo nie odróżnia strony internetowej od papierowego dziennika" redaktor serwisu GazetaBytowska.pl. Sąd umorzył postępowanie w tym zakresie, ale zwrócił uwagę, że Leszek Szymczak jest winien tego, że nie usunął komentarza dotyczącego miejscowego komornika. Jeden z internautów nawoływał w nim do linczu. Problem odpowiedzialności karnej jest jednak różnie traktowany przez różne sądy. Administrator serwisu moja-ostroleka.pl był oskarżony o znieważenie i pomówienie za pomocą środków masowego komunikowania się ówczesnego prezydenta miasta. W tej sprawie również chodziło o komentarz umieszczony przez anonimowego internautę. Sąd uznał wtedy, że osoba zarządzająca stroną nie może odpowiadać karnie za zamieszczone przez kogoś innego informacje. Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że za wpis karnie odpowiada jego autor. Niestety często pozostaje on anonimowy, gdyż pomówienie jest ścigane z prywatnego aktu oskarżenia, a policja i prokuratura nie kwapią się wówczas do pomocy w ustaleniu tożsamości sprawcy. źródło: www.rzeczpospolita.pl RaDeK - to jak - czy my podlegamy czy nie... Bo ja tutaj "cyklicznie" piszę... ayrsen - 2007-03-27, 16:01 Polska: Kupię auto przez Internet Polacy coraz chętniej kupują używane samochody w sieci - pisze "Rzeczpospolita". Według specjalistów, tendencja ta utrzyma się przez kolejne lata. Na giełdach internetowych używane auto kupiło w ubiegłym roku około 7% Polaków, co oznacza wzrost o ponad 100% w ciągu dwóch lat - wynika z badań TNS OBOP. Na konkurencyjnych tradycyjnych giełdach zakupy robiło 13% osób (+1%). „Sprzedaż aut w internecie będzie rosła przez najbliższe dwa, trzy lata i osiągnie poziom około 15% wszystkich kupowanych samochodów - uważa Magdalena Sawińska, lider sektora badań rynku motoryzacyjnego TNS OBOP. „To jest mniej więcej tyle, ile obecnie sprzedaje się na tradycyjnych giełdach. Nie przypuszczam, by Internet wyparł je z rynku.” Powodem tej sytuacji jest m.in. konserwatyzm starszych nabywców, którzy w odróżnieniu od młodych ludzi nie przekonali się jeszcze do zalet kupowania on-line, a także obecność oszustów i stosunkowo niewielka dostępność do sieci. źródło: www.samar.pl W sieci to się ryby łowi a nie samochody kupuje... MaŁy_RaDeK - 2007-03-27, 19:53 A ja swojego Yarka właśnie przez net sprzedałem... Całe dwa dni na Allegro był ayrsen - 2007-03-27, 21:57 A ja swojego Yarka właśnie przez net sprzedałem... Całe dwa dni na Allegro był Wyjątek potwierdzający regułę... Choć akurat Twój Y był "charakterystyczny" więc było Tobie łatwiej... ayrsen - 2007-03-29, 08:43 70-latek jechał na rowerze z prędkością 75 km na godzinę Sąd w Cremonie w północnych Włoszech uniewinnił 70-letniego rowerzystę, który pędził szosą do Mediolanu z prędkością 75 kilometrów na godzinę i został za to ukarany mandatem w wysokości 71 euro. Przez nieuwagę mężczyzna wpadł na stojący na poboczu samochód. W mandacie napisano, że rowerzysta o 15 kilometrów przekroczył dopuszczalną prędkość i to było powodem kolizji ze stojącym pojazdem. Policjanci uznali, że gdyby jechał wolniej, to zauważyłby przeszkodę. Do wypadku doszło przed rokiem. Tyle też czekał mężczyzna na to, aby sprawę rozstrzygnął sąd, odmówił bowiem zapłacenia mandatu i wzięcia na siebie odpowiedzialności, do której się nie poczuwał. Sędzia nie zastanawiał się długo, kto ma rację i uniewinnił pechowego rowerzystę. Co więcej okazało się, że to nie starszy człowiek spieszył się, lecz policjanci. Na mandacie nie wpisali jego nazwiska i był on od początku nieważny. źródło: http://wiadomosci.gazeta....53,4019581.html OK - dziadek mi zaimponował, ale pochodzi z ojczyzny ś.p. Marco Pantaniego /"pirat"/ czy Cipolliniego... A policjanci - pewnie gdzieś w pobliżu była kobieta i "odwróciła" ich uwagę... ayrsen - 2007-03-29, 10:17 Alkohol wyparował Prokuratura chce przekonać sąd, że 22-letni kierowca spowodował śmiertelny wypadek po pijanemu, choć nie dmuchał w alkomat, a w pobranej blisko dziesięć godzin po wypadku krwi nie było alkoholu. 28 lipca o godz. 1.20 w nocy na ul. Częstochowskiej we Wręczycy volkswagen golf wypadł na pobocze i uderzył w betonowy słup, a potem w ogrodzenie przydrożnej posesji. Na miejscu zginął 34-letni pasażer, a w drodze do szpitala zmarła 20-letnia pasażerka. Dwóch kolejnych mężczyzn, z których jeden kierował autem, znalazło się w szpitalu. Wszyscy uczestnicy wypadku (nie byli przypięci pasami) wypadli ze swych foteli. Dwaj, którzy ocaleli, oskarżali się nawzajem, który siedział za kierownicą. Śledztwo wykazało, że auto w chwili wypadku jechało z prędkością 110 km na godzinę (przy dopuszczalnej 60 km/h). Dwa miesiące po wypadku policja zatrzymała 22-letniego wówczas Tomasza W. - tuż po jego wyjściu ze szpitala. Prokuratura przedstawiła mu zarzut spowodowania - pod wpływem alkoholu - wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Grozi mu do 12 lat więzienia. Wiedzę, że to on kierował autem, zdobyto na podstawie badań próbek DNA. Śledczy ustalili, że 22-latek jeździł po okolicy z kolegą i razem z nim pił alkohol. Samochód prowadzili na zmianę. - Na podstawie zeznań świadków wiemy, że już 27 lipca około godz. 18 pili piwo w Bieżeniu, po północy znaleźli się w Kalei, skąd zabrali koleżankę i kolegę. Samochodem kierowali na zmianę, ale w momencie wypadku za kierownicą siedział nasz oskarżony - relacjonuje rzecznik częstochowskiej prokuratury Romuald Basiński. Przyznaje, że nie ma dowodu na zawartość alkoholu we krwi u sprawcy tragedii. - Obrażenia nie pozwoliły, aby kierowca dmuchał w alkomat. Krew pobrano mu dopiero prawie dziesięć godzin od wypadku. Mamy jednak między innymi zeznania lekarzy, którym Tomasz W. przyznał się do picia piwa. Lekarze zeznali także, że od rannego czuć było alkohol. Dysponujemy również opinią biegłego, który wyliczył, że po jednym półlitrowym piwie w organizmie Tomasza W. mogło być 0,49 prom. alkoholu. Tezy, że sprawca wypadku był pod wpływem alkoholu, będziemy mocno bronić w sądzie - mówi rzecznik prokuratury. Sam oskarżony nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że nie pamięta okoliczności wypadku. Akt oskarżenia trafił właśnie do sądu. Tomasz W. na proces oczekuje w areszcie tymczasowym. W 2002 roku był już karany za jazdę pod wpływem alkoholu. źródło: http://auto.gazeta.pl/auto/1,48316,4019320.html Szkoda mi najbardziej tych, którzy zginęli... No i szczegolnie mocno trzymam kciuki za wymiar sprawiedliwości! ayrsen - 2007-04-01, 19:08 4 mln euro okupu za porwaną córkę przedsiębiorcy Okupu w wysokości 4 mln euro domagają się porywacze 24-letniej córki przedsiębiorcy z okolic Novary na północy Włoch - poinformowały w niedzielę włoskie media. Barbara Vergani została uprowadzona w sobotni wieczór w miejscowości Borgomanero przez trzech osobników. Córka przedsiębiorcy budowlanego jechała na spotkanie z narzeczonym. Według ustaleń policji na drodze jej auto zostało zablokowane przez inny samochód. Wysiadło z niego trzech mężczyzn, którzy wyciągnęli młodą kobietę ze środka i wywieźli ją w nieznanym kierunku. W niedzielę ojciec porwanej odebrał telefon od porywaczy, którzy zażądali 4 mln euro okupu. Jak twierdzi jeden z nich mówił z obcym akcentem. Okolice miejscowości, w której doszło do uprowadzenia, zostały zablokowane przez policję i karabinierów, prowadzących intensywne poszukiwania. Zgodnie z obowiązującą we Włoszech ustawą o walce z porwaniami natychmiast zablokowane zostały wszystkie konta i cały majątek rodziny zakładniczki. Chodzi o to, by nie dopuścić do zapłacenia okupu. Według statystyk, ogłoszonych w niedzielę, co roku we Włoszech dochodzi do ponad 500 porwań. źródło: http://wiadomosci.gazeta....00,4030161.html Strasznie bezwzględne prawo... Z jednej strony to jedyny sposób na takich *^$^%#^%#, którzy porywają najbliższych... Ale niestety z drugiej agonia oczekiwania na pomyślne wieści... ayrsen - 2007-04-04, 14:06 Synek, na szczęście, był trzeźwy... Chyba każdy z nas rozpoczynał swoją motoryzacyjną przygodę na długo przed tym, gdy odpowiedni wiek uprawniał do zrobienia (lub zdobycia, różnie to u nas bywa) upragnionego prawa jazdy. Nie dziwi więc fakt, że policjanci z Głogowa (woj. Dolnośląskie) zatrzymali dzisiaj samochód prowadzony przez... ośmiolatka. Oczywiście dopuszczenie do tego, by dziecko samo prowadziło pojazd mechaniczny było by wysoce nieodpowiedzialne. Dlatego też chłopiec prowadził auto w towarzystwie ojca, któremu siedział na kolanach. Kochany i opiekuńczy tatuś miał jednak pewną wadę, dokładniej - 3,5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Na szczęście, cała historia skończyła się dla wszystkich happy end'em. No może za wyjątkiem właściciela posesji, w której betonowym ogrodzeniu zaparkował prowadzony przez rodzinną parę samochód. źródło: www.poboczem.pl ayrsen - 2007-04-06, 11:11 Prowadzący Top Gear wywołał oburzenie w Malezji Jeremy Clarkson z brytyjskiego programu motoryzacyjnego Top Gear wywołał oburzenie malezyjskiego rządu i parlamentu po tym, jak nazwał produkowany w tym kraju samochód Perouda Kelisa „bez wątpienia nie tylko najgorszym modelem w swojej klasie, ale i na całym świecie”. Potem rozbił pojazd młotem i wysadził w powietrze. Na rynku brytyjskim Perouda Kelisa znalazła dotychczas około 2,4 tys. nabywców. Wprowadzona w 2001 roku na rynek Kelisa uznana została przez znaną firmę analityczną J.D. Power najlepszym autem kompaktowym 2006 r. w regionie Azji i Pacyfiku. „To że auto się dobrze sprzedaje najlepiej mówi o jego ocenie - powiedział Hafiz Syed Abu Bakar, dyrektor zarządzający Perouda. źródło: www.samar.pl Jeremy tez niepochlebnie wyrażał się np. o FSO Polonez - i rozbił nie jeden a dwa egzemplarze! Wychodzi, że statystycznie powinniśmy być dwa razy bardziej zdenerwowani - a przecież on ma rację... P.S. Dla "leniwych" - link cosmo - 2007-04-06, 17:07 Jeremy po prostu uczył się fachu blacharskiego i próbował przerobić autko na swój sposób. Myślę że polonez aż tyle by nie wytrzymał co ten maluszek. Portal - 2007-04-06, 17:33 Jeremy po prostu uczył się fachu blacharskiego i próbował przerobić autko na swój sposób. W takim razie powinien się uczyć od tego gościa: link ayrsen - 2007-04-10, 09:07 Nie ma prawa jazdy, ale jest za to właścicielką 195 samochodów Właścicielkę 195 samochodów, która sama nie ma prawa jazdy, odkryli przypadkowo podczas rutynowej kontroli drogowej karabinierzy w nocy z wtorku na środę w Piacenzy na północy Włoch. Automobilistka-rekordzistka jest Rumunką, jak wszystko na to wskazuje - powiązaną ze światem przestępczym. 55-letnia imigrantka została zatrzymana do kontroli, gdy jechała ze swym rodakiem. Nie tylko okazało się, że prowadziła auto nielegalnie, bo nie ma prawa jazdy, ale po wprowadzeniu jej danych do komputerowego archiwum karabinierzy - jak informuje Ansa - dokonali zdumiewającego odkrycia. Kobieta bowiem figuruje w rejestrach jako właścicielka imponującej kolekcji samochodów wszystkich możliwych marek, w tym wielu luksusowych. Natychmiast wszczęto dochodzenie w tej sprawie, zwłaszcza że towarzysz podróży kobiety miał przy sobie łom oraz inne przyrządy do włamań i nie chciał wytłumaczyć, do czego mu są potrzebne. źródło: www.gazeta.pl Imigrant potrafi, imigrant naprawdę potrafi... ayrsen - 2007-04-19, 10:42 The latest poll taken by the Government asked people who live in Ireland if they think Polish immigration is a serious problem: 23% of respondents answered: Yes, it is a serious problem. 77% of respondents answered: Absolutnie żaden. To nie jest poważna kwestia. ayrsen - 2007-04-23, 13:47 Zaginione dziecko znalezione w zastrzelonym krokodylu Krokodyla w parku w chińskim mieście Beihai zastrzelili ludzie poszukujący zaginionego dziewięciolatka. Szczątki dziecka znaleziono we wnętrznościach gada. Chłopczyk nazwiskiem Liu zniknął w piątek. Wraz z trójką innych dzieci przeskoczył przez płot otaczający staw w parku, w którym kiedyś urządzano pokazy z udziałem krokodyli. - Dzieci strzelały do gadów z proc i biły je patykami. Wreszcie jeden z rozwścieczonych krokodyli złapał Liu za ubranie i wciągnął go do wody. Dziecko zostało pożarte przez te zwierzęta - podała państwowa agencja informacyjna Xinhua. W sobotę uzbrojeni mężczyźni, używając kawałów mięsa, wywabili krokodyle ze stawu. Zastrzelili pierwszego, który pojawił się na brzegu. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że park zatrudnia opiekuna gadów. Nie wiadomo, gdzie znajdował się mężczyzna, kiedy uczniowie dostali się na teren parku. źródło: www.gazeta.pl - link Ech - bardzo smutna wiadomość... Ale za dzieci odpowiadają rodzice... Bo dzieci mają prawo "nie wiedzieć" i "nie myśleć"... cosmo - 2007-04-23, 14:10 Bardzo trafne stwierdzenie ayrsen, tu najbardziej zawinili rodzice niestety. Przykre ale prawdziwe. ayrsen - 2007-04-25, 13:52 Olsztyn: Zatrzymania w sprawie wyłudzeń milionowych kredytów Policjanci Centralnego Biura Śledczego zatrzymali osiem osób podejrzanych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej wyłudzającej milionowe kredyty. W gronie zatrzymanych jest sześciu diagnostów, którzy za łapówki, poświadczali nieprawdę w dokumentach. Często samochody, które rzekomo przechodziły badania techniczne istniały tylko na papierze. Wczoraj rano osiem grup realizacyjnych, w skład których wchodzili policjanci olsztyńskiego i elbląskiego Centralnego Biura Śledczego, Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie i Komendy Miejskiej Policji w Elblągu, zaskoczyło podejrzanych w ich mieszkaniach i firmach na terenie Elbląga i Malborka. Zatrzymano ośmiu mężczyzn w wieku od 25 do 55 lat. Sześciu z nich to diagności. Dwóch pozostałych to pośrednicy finansowi. Łącznie wszystkim postawiono 55 zarzutów dotyczących udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustw, wyłudzeń kredytów na podstawie fałszywych dokumentów. Diagności odpowiedzą także za poświadczanie nieprawdy w dokumentach w zamian za łapówki. Policjanci będą wnioskować o tymczasowe aresztowaniu pięciu podejrzanych i zastosowanie środków zapobiegawczych o charakterze wolnościowych w stosunku do trzech pozostałych. Zabezpieczono także majątek podejrzanych na kwotę 50 tysięcy złotych. Policjanci zajmują się rozpracowaniem tej grupy przestępczej od kilku miesięcy. Do tej pory zatrzymano 30 osób, z czego sześć zostało tymczasowo aresztowanych. Z ustaleń śledczych wynika, ze przestępczy proceder trwał od 2005 do 2006 roku. Członkowie tej grupy przestępczej uzyskiwali z nielegalnego źródła dokumenty samochodów pochodzących z Niemiec. Na ich podstawie legalizowali wcześniej skradzione auta lub takie, które w ogóle nie istniały. Niemieckie dokumenty służyły im również do wyłudzania kredytów bankowych. Jak już ustalono w śledztwie, do tej pory wyłudzenia sięgają kwoty około 1,5 mln złotych. Do chwili obecnej policjanci realizujący sprawę odzyskali siedem luksusowych samochodów pochodzących z przestępstw o wartości około 600 tysięcy złotych. Były to między innymi auta marki BMW, Mercedes skradzione na terenie Europy Zachodniej. Zatrzymanym grozi kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności. źródło: www.policja.pl Hmmm - niech pomyślę - kto na forum pochodzi z Olsztyna... No kto to był... MaŁy_RaDeK - 2007-04-25, 13:56 Ja Nie ayrsen - 2007-05-07, 09:48 Katowice: Pijany kierowca autobusu miejskiego Policjanci z Sosnowca zatrzymali kierowcę autobusu miejskiego, który miał we krwi 2,5 promila alkoholu. 51-latek został zatrzymany dzięki interwencji pasażera. Do dyżurnego sosnowieckiej policji zadzwonił mężczyzna i poinformował, że kierowca autobusu, którym jedzie jest pijany. Policjanci zatrzymali autobus przy jednej z ulic. W środku było kilkunastu pasażerów. Badanie alkomatem wykazało u 51-letniego kierowcy 2,5 prom. alkoholu . Mężczyzna trafił do aresztu policyjnego. źródło: www.policja.pl Ja się zastanawiam tylko, co robił dyspozytor i jakim prawem wypuścił tego Pana z bazy ayrsen - 2007-05-07, 12:52 ''Umierający'' na raka wydał wszystko, później okazało się, że diagnoza była błędna Kiedy John Brandrick dowiedział się, że ma raka i zostało mu najwyżej pół roku, postanowił przeżyć ten czas jak najintensywniej. Mężczyzna zwolnił się z pracy, przestał spłacać kredyt i wydawał fortunę w luksusowych restauracjach. Kiedy okazało się, że jest zupełnie zdrowy, postanowił pozwać szpital, za "zrujnowanie życia" - pisze brytyjski "The Times". Symptomy choroby zaczęły ustępować po roku od wydania diagnozy. Po kolejnych badaniach lecznica poinformowała mężczyznę, że tak naprawdę nigdy nie miał raka. 62-latek z Kornwalii był szczęśliwy. Dopiero po kilku godzinach dotarło do niego, że będzie musiał sprzedać dom, żeby spłacić długi, których narobił podczas ''ostatnich miesięcy życia''. - Lekarz oznajmił mi, że mam raka. Mówił, że mam cieszyć się życiem, bo zostało miniewiele czasu. Pozbyłem się wszystkiego: samochodu, ubrań, po prostu wszystkiego. Zostawiłem sobie tylko garnitur, koszulę i krawat, w których miałem być pochowany - opowiada mężczyzna ''Timesowi''. Brandrick, chcąc oszczędzić kłopotów rodzinie, zorganizował i opłacił swój własny pogrzeb. Jego życiowa partnerka zaczęła chodzić do psychoterapeuty. Wizyty miały ją przygotować na odejście ukochanego. Teraz Brytyjczyk złożył pozew przeciwko szpitalowi. Mężczyzna twierdzi, że nieprawidłowa diagnoza zrujnowała mu życie. - Chcę odszkodowania za to, co straciłem. Wszystkim, którzy leczą się w Treliske Hospital, radzę: idźcie do innego szpitala i poproście o drugą diagnozę - powiedział w rozmowie z ''Timesem''. Szpital nie przyznał się do zaniedbań. źródło: www.gazeta.pl Bez komentarza. ayrsen - 2007-05-08, 08:34 "Jeden ze znanych zagranicznych portali motoryzacyjno-gejowskich ogłosił właśnie wyniki plebiscytu "Gay Car of the Year 2007"." - Cały artykuł __________ Toyota nie leży w kręgu zainteresowań... Piotrek_LU - 2007-05-09, 10:06 Dwieście tysięcy puszek piwa zostanie wylanych Malezyjskie władze zniszczą ponad dwieście tysięcy puszek piwa o wartości 84 tys. USD - zapowiada miejscowa prasa. Jak podaje dziennik "Star", urząd celny Malezji zatrzymał ponad osiem tysięcy skrzynek piwa, sprowadzonego do kraju z pominięciem należnych opłat celnych. Przy takiej ilości zatrzymanego piwa, władze zadecydowały o wylaniu napoju, w przekonaniu że sprzedaż zatrzymanego towaru na aukcji doprowadziłaby do zachwiania rynkowych cen piwa w kraju. Skrzynki z przemyconym piwem zostały znalezione przez celników w magazynach w Kuala Lumpur. Piwo zostało sprowadzone przez firmę, która zamierzała sprzedać za jedną trzeciej ceny piwa na rynku. Policja zatrzymała dwóch obywateli Birmy (Myanmaru) zamieszanych w aferę. Gang, który przemycał piwo, działał w Kuala Lumpur od co najmniej pół roku - przywożone do Malezji piwo teoretycznie miało być przeznaczone dla odbiorców w Singapurze, Hongkongu i dla lokalnych sklepów wolnocłowych. Jakkolwiek samo piwo warte było 84 tys. dolarów, zaległy podatek i cło wyniósłby 293 tysiące dolarów amerykańskich. źródło: www.onet.pl NISZCZĄ ZAMIAST ODDAĆ POTRZEBUJĄCYM [ Dodano: 2007-05-09, 11:59 ] Pokrewne tematy
Bluzgi i żale, których i tak nikt nie przeczyta. Diesel vs Benzyna Witaj na forum phpBB modified by Przemo Nowe głośniki na przód / tył Humor 2 - czyli zycie na wesoło. Byle jaky gupoty Zbiór recenzji Sacred 2: Fallen Angel www.world-flowers.com.pl Zabawa. Co jest grane? Prawo - każdego dnia... Czego słuchacie? co nowygo w Czyszkach? Napisz nowi wyraz Config Przegląd wątków z grup dyskusyjnych ## Start Odnośniki, |